Ala Szymczak

Ciężko rozpocząć coś, z czym zwlekało się tyle lat. Tak, lat. Bo właśnie upływa szósty rok, od kiedy poznałam Ruch Młodzieży Salwatoriańskiej. Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, ze jest to moja rodzina. Rodzina, z którą dobrze wychodzi się na zdjęciu, ale też idzie przez życie.

Często bywa, że początki nie są łatwe. Mój też nie był. Do momentu ukończenia gimnazjum byłam niegrzeczną dziewczynką. Może nie aż tak bardzo zbuntowaną, co odwróconą plecami do kościoła i lekcji religii. Mszę Świętą utożsamiałam z imprezą, na której dobrze bawią się tylko babcie w beretach, a księża to Ci, którzy podczas kolędy zbierają gruby hajs na wakacje. Często bywało, że podczas przygotowań do bierzmowania chodziłam tylko na ostatnie 10 minut Mszy Świętej, po to, by dostać niezbędny podpis. W tym samym czasie do sakramentu przygotowywał nas ksiądz, który był inny niż reszta. Często się uśmiechał, żartował, organizował spotkania (rajdy, wycieczki górskie), na których mogliśmy chociaż trochę poznać Boga. My pytaliśmy – ksiądz odpowiadał. Było to całkiem ciekawe doświadczenie, ponieważ nigdy nie negował naszego stanowiska względem kościoła, ale tłumaczył i dyskutował. Mimo wszystko, nie zrobiło to większej rewolucji w moim życiu.

Po zakończeniu gimnazjum przyszły wakacje, na początku których ksiądz Jacek zaproponował wyjazd do Dobroszyc. Oferta była dosyć kusząca, problemem było tylko to, że impreza miała charakter katolicki. No cóż, raz się żyje. Pojechałyśmy, w końcu to tylko trzy dni – Święto Młodych. I to był przełom. Masa ludzi. Uśmiechniętych, otwartych, rozśpiewanych, a nade wszystko, z otwartymi sercami. Po raz pierwszy uczestniczyłam we Mszy Świętej, na której ludzie tańczyli, uśmiechali się, na „znak pokoju” przytulali jak prawdziwi przyjaciele. To było niesamowite. Ale to jeszcze nic… W tym czasie, chyba pierwszy raz w życiu uczestniczyłam w Adoracji, podczas, której nie wiem co się ze mną działo, ale działo się coś dziwnego. Płakałam. Płakałam patrząc na Najświętszy Sakrament. Wiedziałam, że miedzy mną a Ołtarzem była jakaś siła, która całą moją uwagę kierowała na Jezusa. Nie było nic innego. Tylko ja i On. Wychodząc z kościoła, wiedziałam, że wrócę tu w przyszłym roku. Po powrocie do domu czułam już, że coś we mnie pękło, stało się coś, od czego nie jestem zależna. Zauważyli to znajomi i rodzice. Nie mówię, ze stałam się aniołkiem, bo tak nie było. Ale zmieniłam się. Idąc do kościoła, wiedziałam po co idę. Wiedziałam, że nie idę po to, by rodzice nie marudzili, ale po to, by spotkać się z Tatą. Oczywiście wróciłam na Forum rok później, dwa lata, trzy, cztery, pięć… W tym czasie zostałam animatorem, następnie zaczęłam prowadzić kursy dla animatorów, zostałam koordynatorem biura prasowego. Trwało to wszystko długo. Ja dawałam całą siebie, by obowiązki wykonywać jak należy, przy tym wszystkim nie zapominając dla kogo to robię.

RMS stał się dla mnie równoległym życiem. Tak… słowo „równoległym” jest dobrym określeniem. W pewnym momencie zaczęłam mieć wrażenie, że podczas salwatoriańskich spotkań jestem innym człowiekiem, niż na co dzień. Brakowało mi radości, natchnienia do modlitwy. Pamiętam, że straciłam siłę do tego by chodzić do kościoła. Wyszłam z założenia, że jeśli i tak niczego nie czuję podczas Eucharystii, to nie warto w ogóle tam chodzić. Do tego wszystkiego doszedł związek, który sprawy nie ułatwiał. Z jednej strony sprawiał, że byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem z motylami w brzuchu, z drugiej oddalałam się o Boga. Przestałam przyjmować Komunię Świętą. Na długo. Bardzo długo. Pamiętam jedną spowiedź ze śp. Księdzem Tadziem, który powiedział mi, że jak tracę siły do modlitwy, to powinnam na siłę chodzić do kościoła, nawet jak bym miała siedzieć w ostatniej ławce za filarem. Najgorzej jest się poddać i powiedzieć, że nie dam rady. Wiele razy zostawałam po Mszy sama w kościele i czekałam, czekałam, myślałam. To nie był łatwy czas. Nie jest do dzisiaj.

Tegoroczne forum było inne niż wszystkie. Mimo masy pracy, zobowiązań, nie brakowało radości, wzruszeń i szczerych rozmów. Pierwszy raz od baaardzo dawna naprawdę się wyspowiadałam. Nie była to łatwa rozmowa, bo w trakcie niej chciała przerwać i wyjść. Płakałam przez chyba 40 minut. Jednak po spowiedzi nie byłam chyba nigdy w życiu tak szczęśliwa, tak czysta. Stojąc przed Ołtarzem, nie mogłam przestać się uśmiechać. Dziękuję Ewie, którą nazywam moim aniołem, dziękuję jej, że jest ze mną, ze rozmawia, przytula i zna moje wnętrze. Dziękuję jej, że jest wtedy, kiedy jestem najsłabsza i najbardziej bezbronna, że pomaga mi walczyć z grzechem.

Pamiętam dobrze czwartkowy wieczór podczas Adoracji. Kiedy przyjechał Marek. Klęczeliśmy na samym tyle kościoła razem z Ewą. W trójkę trzymaliśmy się za ręce. Pamiętam, jak przez nasze dłonie przepływała prawdziwa moc przyjaźni. W takich chwilach uświadamiam sobie, że to nie jest przypadek, ze mamy siebie. Bóg sprawił, że nasze drogi się skrzyżowały. To takie niesamowite, że ludzi mieszkających kilkadziesiąt, czasem kilkaset kilometrów od siebie łączy tak piękna więź. Jestem tak bardzo szczęśliwa, że mam ze sobą Ewę, Agatę, Basię, Klaudię, Gosię, Kosę, Szymona, Marysię, Janka, Maćka. To ludzie, z którymi można kraść przysłowiowe konie. To ludzie, którzy zarażają wiarą, radością, humorem. Dobrze, że mamy siebie, bo bez Was byłoby zupełnie inaczej.

W tym momencie nie zawsze jest pięknie i kolorowo, ale nie zapominam, że Bóg o mnie walczy. Każdego dnia. Nieważne jak nisko bym upadła, On zawsze jest ze mną i stawia mnie do pionu. Bez Niego moje życie byłby jałowe jak nieposolone ziemniaki. Musimy iść w parze, tworzyć nierozerwalny team.

Na koniec chcę jeszcze podziękować z całego serca, łącznie z workiem osierdziowym i tętnicami, naszym księżom: Maćkowi i Łukaszowi To oni mnie przez ostatnie lata formowali, uczyli i rozmawiali. Sprawili, że patrzę na kościół, jako miejsce, które jest otwarte na młodego człowieka, które tętni radością i prawdziwą modlitwą. Dzięki nim, moje życie zmieniło się o 180 stopni.