Szymon Wojda

Wiele osób mi zarzuca, że za dużo gadam albo, że za dużo pisze. Powtarzają mi, że wyolbrzymiam, naciągam, generalizuje i patrzą na moje opinie z przymrużeniem oka. Jeśli jesteś taką osobą to lepiej przestań to czytać już teraz, bo i tak nic z tego nie zrozumiesz.
Przy okazji możesz się spróbować rozpędzić i wbiec na ścianę, bo być może to będą te nieliczne chwile w twoim życiu, których nie zmarnujesz.

Prawda jest taka, że miało mnie nie być na tym Forum. Generalnie, miało mnie nie być w RMS-ie i mam wrażenie, że już od jakiegoś czasu nie było przy Bogu.

Miałem do niego pretensje bardzo długo, o bardzo wiele rzeczy. Wydawało mi się, że najpierw przy tworzeniu, a potem przy osadzeniu mnie w jakieś rzeczywistości – po prostu wcisnął „losuj”. Byłem wręcz pewien, że stworzył mnie niezdolnym do bliskości z drugim człowiekiem, związanego kompleksami i otoczył bliskimi, którzy mnie nie wspierali. Nie czułem się sobą, nie wiedziałem nawet co to znaczy przez co albo popadałem w iluzoryczne relację, albo w równie fałszywą tożsamość. Kiedy poznałem RMS to troszeczkę nie rozumiałem po co komu taki wynalazek i dlaczego słyszałem o tym bardzo często. Zaangażowałem się w tą wspólnotę dosyć późno, bo dopiero we wrześniu 2016 roku. Miałem już 20 lat i przeżyłem moje pierwsze spotkanie z Bogiem. Moja wiara zaczęła być żywa i nawet napisałem o tym świadectwo. Księża Maciek i Łukasz szybko zauważyli, że mam dosyć lekkie pióro, podobno jestem całkiem bystry, a przy tym mam całkiem przyjemny głos. Chciałem się przydać tej wspólnocie i tym ludziom, bo trochę pokochałem tych świrów, ale z czasem mój entuzjazm opadł. Wkradły się problemy osobiste, kilka demonów z przeszłości się o mnie upomniało i ze spokojnego życia z Bogiem wpadłem, niczym Ozeasz, po szyję w gówno.

W czerwcu poświęciłem się kilku projektom, które nie miały nic wspólnego, ani z religią, ani z RMS-em. Oznajmiłem wszystkim znajomym ze wspólnoty, że nie jadę na Forum i że nie ma opcji, żeby cokolwiek zmieniło moją decyzję. Na moje działanie nie miały wpływu nawet heroiczne próby zwerbowania mnie prowadzone przez ks. Maćka. Musisz mi wybaczyć czytelniku, ale to co sprawiło, że pojawiłem się na spotkaniu zostanie między mną, moim spowiednikiem, a Bogiem. Powiem tylko tyle, że upomniał się o mnie. Wysłał mnie na SFM wyschniętego, podłamanego, wypełnionego mieszanką gniewu i strachu. Zapowiadało się, że będę najgorszym animatorem w historii RMS-u.

Bóg postanowił o mnie zawalczyć. Już na przygotowaniach do Forum zaczął powoli we mnie działać. Czułem jego obecność pierwszy raz od miesięcy. Miałem wrażenie, że cały czas daje mu kosza jak jakaś infantylna dziewczyna, która nie potrafi docenić chłopaka lub może bardziej jak chłopak, który nie umie patrzeć na kobietę inaczej niż przedmiotowo. W naszej relacji to on był krzywdzony przeze mnie, ale oboje czuliśmy się z tym źle. Na samym forum nie tylko prowadziłem najlepszą grupę (hejterzy się nie zgodzą), ale też pracowałem w biurze prasowym i odpowiadałem za roważania podczas adoracji (hejterów brak). Moje lekkie pióro zrobiło się cięższe i równie ciężko było mi kiedy patrzyłem jak moje słowa wyciskają łzy, a ja nie czułem prawie nic. Oparłem te wszystkie rozważania na kilku wspomnieniach, w których czułem, że Bóg jest obecny. Wiedziałem, że on jest, wiedziałem, że mnie kocha, ale jakoś nie mogłem się otworzyć.

Przełom nastąpił podczas pewnego wieczoru przed Najświętszym Sakramentem. Czułem jakby Bóg chciał ze mną pogadać, ale nie mógł. Wtedy podeszła do mnie dziewczyna o imieniu Nina, którą serdecznie pozdrawiam. Nie wiem na ile jest tego świadoma, ale jej imię pochodzi od greckiego słowa „Ninos” co znaczy – „Bóg łaskaw”. Podeszła i dosyć niewinnie spytała się czy może się chwilę nade mną pomodlić. Tak też się stało, nie wiem co tam powiedziała o mnie Bogu, ale nie dało mi to spokoju. Nielegalnie po ciszy nocnej wyszedłem z pokoju używając dosyć mocnych słów, oświadczając kilku osobom, że jak się nie wyspowiadam to oszaleje. Zaczepiłem ks. Maćka, przed północą dostałem rozgrzeszenie i byłem wolny. Pierwszy raz od kilku miesięcy czułem się dobrze sam ze sobą, miałem odwagę mówić o Bogu i żyć według niego. Może to trwało godzinę, może dwie, ale było całkiem niesamowite. Następnego dnia wstałem z niesamowicie wygodnego łóżka polowego i mogłem na nowo cieszyć się tą patologiczną, ale bardzo kochająca się rodziną. Niektórzy nawet twierdzą, że widzieli w moich oczach łzy podczas ostatniej adoracji, ale to niemożliwe. Jestem przecież zbyt męski, żeby się czymkolwiek wzruszyć.

RMS i inne wspólnoty mają dzisiaj bardzo ważną funkcję. W nazbyt hałaśliwym i dynamicznym świecie potrzebujemy swoistej enklawy. Miejsca, w którym spotkają się ludzie z różnych środowisk i o różnej historii. Jedni są fałszywy, inni zboczeni, jeszcze inni mają problem z jedzeniem albo używkami. Tutaj jednak prawie zawsze zdarza się, że jesteśmy w stanie spojrzeć na siebie oczami Boga. Dostrzec swoje, ale też cudze piękno i w konsekwencji szczególnie tego pierwszego odkrycia – poznać swoją tożsamość. W takich miejscach w jakiś sposób „ja” i „my” staje się kompatybilne. Człowiek odnajduje tu miejsce na osobistą relację z Bogiem, ale jednocześnie na wspólne przeżywanie obecności Chrystusa. Połączeni w taki sposób poznajemy masę świetnych osób, ale też samych siebie. Ja na przykład na tym Forum skończyłem poszukiwania swojego miejsca na Ziemi, bo okazało się, że jest absolutnie wszędzie. Ośmielę się stwierdzić, że dzisiaj każdemu z nas jest potrzebna wspólnota. Nie mówię, że chodzi konkretnie o RMS, ale niestety tak się składa, że to Ruch Młodzieży Salwatoriańskiej jest ze wszystkich wspólnot najlepszy.

Jestem skończonym cynikiem, nie przeżyje dnia bez ironii bądź sarkazmu, poza tym bywam kłótliwy i skrajnie nonszalancki, a jednak o kogoś takiego zawalczył Bóg. Może wszystko to brzmi patetycznie albo za bardzo ckliwie, ale szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodzi. Miałem tego nie pisać tak samo jak miałem nie jechać na tegoroczne spotkanie. Jednak com napisał napisałem. To było moje pierwsze SFM i muszę przyznać, że z każdą sekundą od zakończenia coraz bardziej tęskniłem za tymi wariatami. Istnieje możliwość, że Szymon Wojda wróci do Dobroszyc w następnym roku.