Zuzia Telega

Miałam nie jechać na to forum. Miałam pracować. Zresztą nie było mnie na RMS-ie przez siedem miesięcy, szmat czasu, więc co tam po mnie! Stwierdziłam, że poradzą sobie beze mnie i już oznajmiłam wszystkim, że nie przyjeżdżam. Bóg jednak prostuje moje szalone decyzje i tym razem Duch Święty także zadziałał.

Mam podawać ludziom kawę zamiast być tam, gdzie czuję się najlepiej? Zuzka, kretynko, zastanów się. Przemyślałam sprawę i powiedziałam szefowej, że pracuję do piątego lipca, żeby następnego dnia wsiąść do pociągu jadącego do Wro.

Słońce rozjaśniało niebo i wiał delikatny wiatr, gdy z drżącym sercem przemierzałam dobrze mi znaną trasę ze stacji w Trzebnicy do białego domu. W głowie tkwiła mi jedna myśl: jestem u siebie. Z każdym krokiem wzrastało moje podekscytowanie, podsycone jednak odrobiną strachu. Nie będzie niezręcznie? W końcu tak długo mnie tu nie było. Zupełnie nie wiedziałam, co mnie czeka. Jednocześnie niczego też nie oczekiwałam. Szczerze powiedziawszy zależało mi tylko na tym, żeby wyściskać się z tymi, których wieki nie widziałam i móc nareszcie prawdziwie z nimi porozmawiać…

Niesamowite, że gdy niczego nie oczekujemy od życia to to, co dostajemy smakuje bardziej. Weszłam do białego i na widok tych wszystkich twarzy moje serce momentalnie wypełniła ogromna radość! Obawy okazały się całkowicie bezpodstawne. Przyjechałam do Domu i czułam to od pierwszej chwili.

Mówi się, że tam jest twój dom, gdzie twoje serce. Nigdy nie rozumiałam tych słów, dla mnie domem było rodzinne mieszkanie na warszawskim Bemowie i tyle. Ale gdy po dwóch tygodniach sporego wysiłku, niedoboru snu, spania w śpiworze, jedzenia chleba tylko z ogórkiem, śmiechu, łez, rozmów, Ojcze nasz, podczas którego wszyscy trzymamy się za ręce, jednym słowem – gdy po dwóch tygodniach pięknych przeżyć żegnałam się z tymi wariatami, pękało mi serce.

Takich relacji nie doświadczam nigdzie indziej. Chociaż pochodzimy z różnych środowisk, różnych części Polski i wiekowo dzieli nas czasem nawet 6 lat, jesteśmy jak bracia i siostry. Bóg nas jednoczy i liczy się bardziej to, co nas łączy, a łączą nas Radość, Młodość i Szaleństwo, przeżywane w świetle Najświętszego Sakramentu. Pięknie jest móc z kimś nie tylko powygłupiać się, ale też złapać za rękę podczas modlitwy i podać chusteczkę, gdy wybucha płaczem podczas jednej z „adorek”. Jak to śpiewa Luxtorpeda:

„Razem we wszystkich klęskach / Poniosę dalej Cię na rękach / Upadnę, Ty mi podasz dłonie / Osobno dawno byłby koniec”.

I tak właśnie jest. Wsparcie, obecność, miłość, modlitwa. Takie było moje 24 SFM.